Kategorie: Wszystkie | FOOD | JA | JULKA | WYCINKI
RSS
piątek, 23 lipca 2010
Galeryjny dzień jak codzień

 To wydawał się być kolejny gorący letni dzień. Kolejno skreślałam wykonane zadania z listy zostawionej przez Ammę kiedy w drzwiach stanął świr. Około trzydziestoletni. Nawet przystojny. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał bardzo dziwnie, nie wedle dzisiejszych standardów. Rozszerzane spodnie z dżinsu coś pomiędzy szortami a długimi – poprzecierane ale modnej firmy. Koszulka czarna, bez rękawów dobrej marki. Włosy ostrzyżone krótko przy skórze. Oczy uczciwe ale lekko już błądzące. Uwagę zwracały jaskrawo czerwone buty sportowe z białymi elementami – zdecydowanie nowe. W rękach trzymał czarną reklamówkę, w połowie pustą butelkę białego wina i czerwony kask rowerowy z wzorem czarnej pajęczyny. Jednak najbardziej rzucał się w oczy długi miecz samurajski w czarnej pochwie przewleczony niedbale przez szlufkę spodni.

Wchodząc powitał mnie głośnym

 – Dzień dobry, czy jest szef?

Sklep nie jest duży i Janusz zwłaszcza na swoim kosmicznym pojeździe nie jest łatwy do przeoczenia więc rozejrzałam się sprawdzając czy może jednak gdzieś się ukrył. Gest został szybko zauważony

– A, nie ma, szkoda bo mam do niego wielki szacun.

– Może ja będę w stanie pomóc? – zapytałam i szybko pojęłam swój błąd. Zostałam wciągnięta w monolog przetykany demonstracją umiejętności szermierczych. W końcu oparł miecz o regał, dla porządku sykną na niego stanowczo – Siad! i poszedł w stronę krzesła. Obejrzał się jeszcze podejrzliwie czy miecz nie wykonuje za jego plecami jakichś zakazanych manewrów - zadowolony, że ten stoi posłusznie gdzie go pozostawił – łagodnym, niemal pieszczotliwie rzucił:

– Dobra Czarna Mamba. Słucha.

Rozejrzał się po sklepie, usiadł na krześle i zaczął opowiadać o swoich koligacjach rodzinnych. Kazał otworzyć stronę w Internecie, pokazywał zdjęcia jakie zrobił swoim przyjaciołom, tacie, wujkowi i mamie. Komentował każdą fotografię.

– Tutaj tata jak jest szczery, a tutaj jak kłamie. Tutaj tata dwa dni po śmierci mamy, a tu mama dwa dni przed śmiercią – po czym przeprosił mnie – Muszę wyjść popłakać – wyszedł przed drzwi i wrócił po minucie dalej opisywać osoby.

– To moja była dziewczyna, jedyna kobieta, której się oświadczyłem. Jej matka powiedziała, że zgodzi się na ślub jak się obrzezam. Ale ja jednak wolę japonki.

Potem przeszedł do wypytywania o moja rodzinę, zdecydowanym gestem sięgnął po kask:

– To dla brata, na rower albo narty, tylko nie na motor – spojrzał groźnie.

– Dobrze, nie na motor.

– Ale bez żartów, to nie jest kask na motor. Nie chce mieć brata na sumieniu.

Potem wypił sok marchewkowy, który zostawiła Amma i wyszedł.

 

 

 

 

15:23, ceilidh , JA
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 listopada 2009
Dzień trzeci czyli
Dzień zaczełyśmy od odwiedzenia lokalnego targu (w każdą środę i sobotę) rozłożonego na niewielkim miejskim placu. Trzy rzędy straganów przykrytych pasiastymi markizami utrzymanych w nienagannym porządku. Wszystkie towary poukładane w estetyczne stosy.

Była tam cała masa warzyw i owoców - w większości tych samych co na naszych targach ale było też trochę bardziej egzotycznych rzeczy, na przykład malutkie beżowe korzenie przypominające imbir i kilka rodzajów rzepy. Zdziwiło mnie to, że buraki sprzedaje się jedynie już ugotowane.

Stoisko z rybami i owocami morza kusiło wyborem skorupiaków i bardziej oślizgłych ale równie apetycznych stworzeń morskich. Był też mój ulubiony Haddock wędzony na żółto. Ceny przeciętne, raczej niewiele nisze niż w sklepie.

Podobnie z mięsem, na miejscu krojonym i przygotowywanym wedle uznania. To z farmy ekologicznej było bardzo drogie, ponad 30 euro z kilogram wołowiny. Ale czym jest cena wobec możliwości zjedzenia szczęśliwej krowy ;o)

Stoisko z serami najpierw się czuło dopiero później dostrzegało. Polecane jedynie dla ludzi o mocnych nerwach/nosach. Niektóre z okazów zawierały więcej pleśni niż sera i nie była to lekka biała skórka ale całe wykwity w odcieniach zieleni.

Amma odważyła się zakupić jeden z bardziej aromatycznych (to chyba taka metafora) serów, ja zadowoliłam się meszanką pierożków z nadzieniem mięsnym, bazyliowym lub grzybowym. Kupiłyśmy też miejscowy przysmak mięsny. Z wierzchu wygląda jak nasz smalec ale na dnie skrywa rozgotowane do miękości kawałki mięsa. Taki pasztet przed zmieleniem, bardzo smaczny i zapewne kaloryczny.

Po śniadaniu pojechałyśly zwiedzać muzeum Rodina i d'Orsay. Przyznam, że moje możliwości odbioru drastycznie zmniejszyły się już po obejrzeniu parteru a zostały jeszcze dwa piętra.


13:31, ceilidh , JA
Link Dodaj komentarz »
Dzień drugi czyli "prawie" jak Wilanów.
Mieszkamy w Wersalu gdzie nasi znajomi, chwilowo nieobecni, mają miły dom, dwa psy i żółwia. Grzechem byłoby nie pójść do pałacu. Bilety kupiłam i wydrukowałam jeszcze w Polsce. Jest to dobry pomysł ponieważ można nie tylko uniknąć ogromnych kolejek do kasy ale też zaoszczędzić 16 euro (oferta dwa bilety w cenie jednego).

Już sam front robi wrażenie. To nie wygląda jak pałac raczej jak całe miasto. Zwłaszcza kiedy pomyśleć, że mieszkało to ponad trzy tysiące ludzi. Dostępna jest jedynie około 1/3 pałacu ale zwiedzanie trwa kilka dobrych godzin, zwłaszcza jeśli chce się przesłuchać wszystkich opisów z audio przewodnika.

Ogrody również są monumentalne. Jak stwierdziła Amma: "Tutaj nikt nie musiał się bawić w zwężanie alejek i zmniejszanie rzeźb na końcu w celu stworzenia iluzji wydłużonej perspektywy. Tutaj perspektywa po prostu jest.". Nic dziwnego, że w ofercie można znaleźć wyporzyczalnię rowerów i małych elektrycznych samochodów - odległości mogą być zabójcze właszcza po przejsciu labiryntu pałacowych sal.

W porze letniej można też popływać łódką po kanale. Park jest otwarty dla psów i ma wyznaczone miejsca piknikowe. Można wybrać się całą rodziną, zjeść obiad w jednej z kilku kawiarnio-restauracji ukrytych między żywopłotami. Ech, zdobycze Rewolucji ;o) Ogrody dla ludu ;oD

Grand Trianon - wiejska pustelnia Ludwika XIV - przypomina nasz Wilanów. Tylko z prawdziwym parkiem. Niestety nazywanie rezydencji Jana Sobieskiego małym Wersalem jest przesadą. Tak jakby nazwać Chichuachua małym Dogiem Niemieckim. Za to Petit Trianon, po obejrzeniu wszystkich tych luksusowych wnętrz, wygląda raczej pusto.

Wieczorem wybrałyśmy się na koncert w Salle Pleyel, dyrygował sam William Christie. Cudownie. Do tego osoby przed trzydziestką, czyli ja ;o), mogą chwilę przed koncertem kupić bilet za jedyne 20 euro, reszta musi płacić od 30 do 80. W szatni pracował miły młody człowiek z Polski. To pierwszy Polak, którego tutaj spotkałyśmy od naszego przyjazdu.
13:06, ceilidh , JA
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 listopada 2009
Szkotka w Paryżu
Dzień 1 czyli Do you speak English?!

Z lekką niepewnością wybierałam się do tego sławnego miasta. Głównie z przyczyn komunikacyjnych. Miałam świadomość, że mój angielski na porządnym poziomie nikomu tu do gustu nie przypadnie i raczej nie ułatwi porozumiewania się. Miałam rację.

Schody zaczeły się już na lotnisku. Pani w informacji turystycznej najwidoczniej nie do końca znała różnicę między right i left ale dzięki dużej wprawie w czytaniu strzałek i obrazków dotarłyśmy jednak na stację RER. Pozostało jedynie kupić Carte Nominative Transport oraz Navigo Decouverte i pojechać.

Po odstaniu ogromnej wijącej się kolejki składającej się w połowie z ludzi równie zdezorientowanych co ja (wszystkie instrukcje oczywiście tylko po francusku) podeszłam do okienka. Założyłam najlepszy rozbrajający uśmiech, wydukałam jedo z nielicznych słów w żabim języku (bonjour), które potrafię po czym przyłożyłam do szyby kartkę ze wszystkimi danymi karty, którą chciałam (internet, jest tam wszystko).

Pani po drugiej stronie szyby miała jednak wątpliwości. Nie bardzo rozumiałam co do mnie mówi po angielsku i zadałam kilka pytań oraz powtórzyłam  czego potrzebuję. Nadal nic. Zanim udało się rozwiązać sytuację pani zdążyła się już dobrze zirytować i powiedzieć: Do you speak English? I speak you English. What you don't understand? Airport zone 5.

Przyimki jak widać uciekły.

RER jest cudownym transportem, takie szybsze pociągi podmiejskie połączone z siecią metra. Mieszkamy u znajomych w Wersalu dokąd najłatwiej dostać się właśnie RERem. Na mapie wszystko wygląda ładnie i prosto. Pociąg C jest zaznaczony na żółto i zawozi nas prosto do stacji Porchefontaine, z której mamy 5 minut spacerkiem do domu. Wszystkie stacje są dobrze oznakowane, trudno pomylić kierunek, wszędzie wiszą mapy połączeń z metrem i innymi środkami transportu, nawet nad każdym wyjściem podane jest dokąd prowadzi. Czego nikt nie wspomniał to, że niektóre RER mają różne stacje końcowe. Trzeba wiedzieć, że słowo VICK na przedzie pociągu to nie imię motorniczego ale kierunek stacji. Żeby było ciekawiej nie są to nazwy stacji ale właśnie imiona ;o)

Muszę kończyć bo internet mam tylko w Centrum Pompidou i musimy już lecieć dalej. Dzień 2 czyli "prawie" jak Wilanów oraz Dzień 3 czyli dzisiaj już wkrótce.

18:22, ceilidh , JA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 10 czerwca 2007
All good things come to an end

Jak na razie do przodu. Dwa najtrudniejsze egzaminy (Językoznawstwo i Gramatyka Historyczna Języka Polskiego) zaliczyłam. Jak to mówią znajomi "just passed it" z naciskiem na just.
Praca końcowa z Historii Literatury Polskiej również zaostała mi zaliczona i do tego całkiem nieźle. Wybrałam sobie temat słabo opracowany - motywy japońskie, który udało się gładkowybronić.
Zostały dwa egazminy.

Nie moge narzekać. Wszystko idzie w miarę płynnie

Sobotnie przyjęcie urodzinowe Julki przebiegłó bez większych zgrzytów. Dzisiejsze odwiedziny mijej żony intelektualnej wraz z całą ekipą były nie tylko owocne naukowo i kulinarnie ale także całkiem przyjemne.

Zastanawiam się czy już przyszedł czas na Horacego czy energii rozpraszającej wystarczy mi do końca egazminów. Staram się nie ufać zbytnio optymistycznym zakończeniom.
20:08, ceilidh , JA
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 czerwca 2007
Goodbye my lover

This entry will be different and I apoligise to all who may find it tasteless.
Please forgive my weakness it's only temporary.

I want too say goodbye to the person that made me happy for a while.

For all the time, so short and stolen, we have spent together,
For the charm of poetry and literature and fiery discussions,
For the passionate nights too quickly turned into days,
For making me feel truly special -

Thank you.

Your Glimmering Girl
01:06, ceilidh , JA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 marca 2007
I WANT IT ALL and I want it delivered bu cute, naked men

Zadzwonil brat.
Z pytaniem - gdzie mamy pochowac Amme?
Nie, nie spokojnie jeszcze nie teraz.

Ale zacznijmy od poczatku. W siedzibie glowniej mojej rodziny, po bezpiecznej stronie Wisly, wysiadl prad. Nastroj stal sie nieco grobowy, swieczki zrobily swoje i rozmowy zeszly na tematy nieco metafizyczne.
Wtedy wlasnie okazalo sie, ze ani Julka ani Piotr nie potrafia sobie przypomniec gdzie chce byc rozsypana mama. Zadzwoniono, wiec do mnie.

Pierwszy raz rodzicielka, zachwycona widokiem rozciagajacym sie ze szczytu, zarzadala aby rozrzucic ja na Koscielcu.
Po powrocie z Wloch wspominala cos o zestarzeniu sie w cudownej Toskanii ale z tego co pamietam mialo to zwiazek z wyprowadzka i zyciem w tamtych rejonach. I to raczej bez nas.
Podczas naszej wyprawy na polnoc Szkocji zdecydowala ostatecznie, ze to jest wlasciwe miejsce na jej doczesne szczatki. Dodam, ze po wspolnym calonocnym pub crawling zakonczonym zdobyciem koszulki, byla gotowa umrzec tam gdzie stala, byle tylko sie nie ruszac.

Teraz wspomniala cos o Harley'u ale nie do konca zrozumialam o co chodzilo.

Powiedzialam, ze Szkocja jest ok. Wyslemy ja DHLem, a moj przyjaciel na miejscu wszystkim sie zajmie. Uklad idealny nie spodobal sie jednak Ammie.

Ech, znajac ja to wszystko jeszcze sie zmieni wilokrotnie. Zwlaszcza jesli uda sie jej troche pozyc i popodrozowac.

PS. Dodatkowym faktorem wzmacniajacym czarny nastroj bylo to, ze ukochana lodowka Ammy ucierpiala w wyniku awarii. Mimo prob reanimacji nie udalo sie jej uruchomic. Panowie z serwisu przyjada dopiero w poniedzialek, co wedlug mnie jest skandalem. Gdy za lodowke placi sie tyle ile Amma to powinna ona byc ubezpieczona od wszystkiego lacznie z atakiem Marsjan i waglika. I powinni ja naprawiac o kazdej porze dnia i nocy, a do tego w mysl mojego najnowszego motta: I WANT IT ALL AND I WANT IT DELIVERED BY CUTE NAKED MEN.

Straszliwe jest rowniez to, ze przez reszte tygodnia bedziemy jedli kopytka. ktorymi wypelniona byla zamrazarka. Produkt ten jest nam dostarczany regularnie przez jedna z cioc. Niestety rownie pewna jak dostawy jest odpowiedz odmowna dzieci na propozycje umieszczenia ich w obiadowym menu.
Na szczescie jutro przychodza goscie. Ciekawe co zaserwujemy na kolacje...
21:07, ceilidh , JA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 lutego 2007
I'm sorry. My fault. I forgot you were an idiot.
Wocilam z wyprawy do mojego ulubionego miasta. Byla bardziej niz udana - jak zwykle - zwlaszcza, ze tym razem zabralam ze soba dwie osoby TSA i TCA.

Jak dobrze byc snobem, czyli podroz pociagiem.
Zabawa zaczela sie juz w pociagu kiedy wyjelysmy przygotowane wczesniej zapasy. Trzy rozne przystawki: melon zawijany w suszona szynke, zielone oliwki z feta i salatka caprese na patyczkach. Do tego swierze pieczywo, meksykanskie piwo z cytrynka, cala masa slodyczy, a gdybysmy zglodnialy byly tez kanapki z lososiem. Byl tez sos.

Jak szybko paruje ocet, czyli blad w tlumaczeniu.
Jako bardzo zajeta osoba nie mam czasu na ogladanie telewizji, wiec absolutnie nie boli mnie fakt, ze ilosc interesujacych programow, filmow etc. jest straszliwie mala. Jednakze... czasami, gdy jestem w domu i nie przygotowuje zajec lub nie przygotowuje sie do zajec, nie czytam, sprzatam, gotuje lub rozmawiam przez telefon z TCA to... mam ochote cos obejrzec. Wtedy mam do wyboru reklamy lub programy polityczne albo... kulinarne.
Na ekranie wszystko wygladalo bardzo nieskomplikowanie, zapamietalam zdanie "podgrzewamy ocet balsamiczny az zmniejszy objetosc, to troche potrwa wiec w tym czasie...". Wlalam ocet do garnka, postawilam na gazie i w tym czasie...
rozwiesilam pranie,
poszlam do lazienki,
naozylam maseczke,
wyslalam kilka wiadomosci...
a plyn zamienil sie w czarna, dymiaca straszliwie, bardzo trudna do usuniecia z dna garnka grudke. Widocznie sformulowanie "to troche potrwa" zostalo zle przetlumaczone.

eNeMeF czyli 2,5 na 4
Wszyscy udekorowani zwisami meskimi bo "klient w krawacie to klient mniej awanturujacy sie" udalismy sie do kina, Ikarus sunacy na swym dwusladzie uzbrojony dodatkowo w kule oraz deske i dwie poduszki. O filmie Mis nie musze nic mowic, o filmie Rys wole nie mowic, natomiast z filmu Brunet wieczorowa pora pamietam wszystko do sceny z mleczarzem. Wyszlismy przed ostatnim seansem i film Co mi zrobisz jak mnie zlapiesz obejrzelismy w domu. Przynajmniej probowalismy ale rozproszyl nas wschod slonca i zasnelismy.

Wszycy sa winni, czyli nie rozmawiam z idiotami
Na sobote zaplanowalismy wielkie tanczace balowanie, Ikarus za sprawa swej niebieskiej nogi nie byl zachwycony ale dal sie wyprowadzic. W drodze powrotnej wydarzyl sie jednak incydent, ktory podzielil druzyne. Dwuslad Ikarusa miescil sie jedynie wdrugim wagonie pociagu, a bilety sa sprzedawane tylko w pierwszym... Panowie kontrolerzy pozostali glusi na nasze wyjasnienia i wypisali mandaciki. Wpadlam w furie i szybko znalazlam winnego. Ikarus oberwal pierwszy bo... byl jedynym mezczyzna, a to ZAWSZE jest ich wina Juz Shakespeare pisal "Kobieta, ktora nie potrafi zwalic wlasnej winy na meza nie powinne wychowywac swych dzieci bo wychowa ich na idiotow". Potem dostalo sie TCA bo powiedziala abym sie nie wyzywala, wiec nawrzeszczalam tez na nia. Nie dostalo sie jedynie TSA bo i tak by do niej nie dotarlo. Krzyczenie na kogos kto radosnie smiejac sie przemierza slalomem ulice i tylko czasem narzeka, ze wszyscy na nia wpadaja, nie ma sensu.
Niestety prawda jest taka, ze to ja nie kupilam biletow powrotnych.



11:37, ceilidh , JA
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 stycznia 2007
New Year's Resolution


22:35, ceilidh , JA
Link Dodaj komentarz »
Tomahawk

Wrocilam dzisiaj z mojego ulubionego miejsca w Kraju. Nie powiem, ktorego bo jak wszyscy sie tam przeprowadza z mojego uncool miasta, to juz nie bedzie takie fajne. Podam tylko, ze jest na polnocy, ludzie sa tam wielce przyjazni ale, ku wielkiemu ubolewaniu mego przyjaciela, jezdzi coraz mnie Ikarusow.

Sylwestra spedzilam w wielce kameralnym towarzystwie Kasi i Kasi oraz Ikarusa i Kuby. Fajerwerki ogladalismy na plazy, byly bardzo widowiskowe, a to glownie za sprawa puszczajacego je Ikarusa. Po kazdym wystrzale latal jak opetany krzyczac "Jazda jazda, biala gwiazda". Prawie sie przy tym nie poparzyl poniewaz stosowal orientalne techniki relaksacyjne obejmujace tarzanie sie po piasku i przewroty przez bark. Fajerwerki naszych sasiadow natomiast, z dziwnych przyczyn lataly horyzontalnie. Tak to jest kiedy odpala sie cos na czyn napisali Tomahawk. W przyszlym roku tez takie kupimy tylko zapewnimy sobie lepsze celowniki.

Wsrod moich przyjaciol Ikarus jest on jedna z najbardziej nieszablonowych postaci oraz autorem wysoce niestandardowych powiedzen i zachowan. Rowniez chodzacym rozkladem jazdy pociagow, szczesliwym posiadaczem przegubowego Ikarusa oraz facetem jednej z niewielu kobiet, ktore mnie toleruja. Kasia, ktora udalo mi sie troche lepiej poznac okazala sie chodzacym poczuciem humoru - cecha konieczna przy obcowaniu z Ikarusem.

Osoba nieobecna, z powodu neglej slabosci Pani Matki, byla natomiast Rozowa, ktora pozostala aby opiekowac sie wyzej wymieniona oraz swa nakrapiana na fioletowa bratanica.

Oczywiscie powinnam tradycyjnie opisac jakies postanowienia noworoczna ale z doswiadczenia wiem, ze w moim przypadku spelnianie ich niezbyt wychodzi. Zostaje potem lista, ktora pod koniec roku staje sie raczej zawstydzajacym spisem wszystkiego czego nie udalo mi sie zrealizowac.

22:29, ceilidh , JA
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10